Wiatr furiat. I  co dalej ?

Gdy Stanisław Józefczak w 1966 roku bił światowy i swój życiowy rekord, miał raptem 27 lat, będąc już doświadczonym pilotem i instruktorem pilotażu w Nowym Targu. Miał już na koncie wiele lotów wysokościowych na „tatrzańskiej fali”, w tym rekord Polski za osiągniętą na szybowcu Mucha 100 wysokość 11 860 m n.p.m. przy przewyższeniu 10 655 m. Ów drugi, lepszy wynik (12560 m n.p.m.) uzyskał na wyczynowym szybowcu dwuosobowym SZD-9 „Bocian”D w oznakowaniu SP-2029. Jako pasażera Józefczak zabrał swego ucznia pilotażu - 19-letniego Jana Tarczonia.
Wybrany termin lotu, 5 listopada 66 wydawał się niekorzystny, halny zanikał i inni szybownicy zrezygnowali ze startu. Ale on znał specyfikę tatrzańskiej aerodynamiki, znalazł wysoko w zenicie nie poddającą się rozmyciu chmurkę soczewki i uznał, że daje ona szansę.
Co i było. Były też kłopoty – na czterech tysiącach zamarzły prócz wariometru wszystkie przyrządy, wtedy Jasiu wyciągnął zza pazuchy prywatny wysokościomierz, który zabrał na wszelki wypadek i uratował sens dalszej walki o rekord.
Czytałem gdzieś przed laty, że „Bocian” SP-2029 miał specjalne uszczelnienia i ocieploną watą szklaną kabinę. W rzeczywistości szybowiec nie różnił się od innych. A na 10 000 m temperatura spada do -50 C. Pozostawało nałożyć jak najwięcej warstw odzieży, najgorzej miały stopy, bo duże cieplejsze buty nie mieściłyby się w pedałach sterów.
W naszej szerokości geograficznej na wys.10 km zaczyna się stratosfera, bardzo już rozrzedzone powietrze wymaga dotleniania lotników z aparatury i taką – butla ze sprężonym tlenem i maski na twarz - obydwaj oczywiście mieli. Ale przeprowadzone później specjalistyczne analizy wykazały, że na 12 tysiącach metrów byli oni już w „strefie śmierci” i zwykłe dotlenianie nie wystarczało, na tej wysokości tlen do organizmu wtłacza się pompowaniem. Inaczej gwałtownie zmniejsza się saturacja krwi i następstwa mogą być tragiczne. Jednym słowem chłopaki mieli szczęście. I rozum, który w pewnym momencie nakazał przerwać wznoszenie i przejść na hamulcach w szybki lot ku ziemi.
Potem już było dobrze i zasłużony splendor po oficjalnym zatwierdzeniu wyniku.
No cóż, nie za długo nacieszył się Stanisław Józefczak swoim szybowcowym rekordem, który na pobicie czekał aż 40 lat (!) W zrealizowanym w ubiegłym roku filmie dokumentalnym „Bocian nad Tatrami” emerytowany ppłk pilot Jan Tarczoń przekazuje okoliczności tragicznego zdarzenia w 1968 roku.
Na kolejnym etapie doskonalenia zawodowego Józefczak znalazł się w Krośnie jako instruktor szkolący adeptów na samolotach TS 8 „Bies”. W ramach szkolenia odwiedził z uczniem rodzinny Nowy Targ, zobaczył się ze znajomymi i zakupił buty w zakładowym sklepie miejscowego kombinatu obuwniczego. Pan Jan Tarczoń tak relacjonuje, co było dalej :
...odlatywał i tak mu góralsko-lotnicza fantazja podpowiedziała niezbyt dobrze, że machnął beczkę szybką na odlocie … maszyna „sypnęła się” w korkociąg … I tak się stało, że Staszek w „Biesie” wraz z uczniem zostali już w Nowym Targu.
Było to 27 VIII 68 roku (podaję datę z nagrobka w Nowym Targu, bo istnieją rozbieżności w przekazie) Pozwolę też sobie na osobisty komentarz odnośnie samego „lotu po buty”- były (są ?) jak zawsze różne opinie na ten temat.
Lot był ściśle związany z programem szkolenia samolotowego obejmującego również przeloty na większe odległości, wybór trasy należy do instruktora. Czyli wszystko było zgodne z przepisami. A same buty …
„ Mądrym dla memoryału, ydiotom dla nauki … „ to tylko cytat z „Nowych Aten” ks. Benedykta Chmielowskiego – pierwszej polskiej encyklopedii z XVIII wieku – co nie jest żadną aluzją w stronę czytających. Niemniej przypomnę – w całym okresie PRL panował permanentny deficyt towarów na centralnie sterowanym rynku, a niektóre artykuły były prawie nie do zdobycia. Pocieszeniem było istnienie ogólnodostępnych sklepów z wyrobami przy niektórych dużych zakładach. Sam z tego korzystałem, a zakupione tym sposobem na pocz. lat 80-tych nowotarskie buty turystyczne odrzucone z eksportu do Szwecji, służą mi w górach do dziś. A Józefczak w zamian mógłby przywieźć do N.Targu karton deficytowych szklanek – Krosno było ośrodkiem przemysłu szklarskiego i też miało swój sklep zakładowy, odwiedzany chętnie przez udających się w Bieszczady. 
Bo były to czasy skrzeczącej codziennej pospolitości i rewelacyjnych polskich szybowców – Muchy, Bociany, Jaskółki, Foki czy Zefiry zdobywały rekordy liczone w dziesiątkach.
Jak wiadomo, rekord Józefczaka długo trwał niepobity, próbowano go też kwestionować. Lot wykonany został przecież bez elektroniki, GPS i internetu, a wysokość nad poziom morza (lotniska) rejestrował prosty barograf wykresem amplitudy na „zakopconej” taśmie papieru i nie mógł być precyzyjnie dokładny. Ostateczny wynik ustalała urzędowa komisja ekspertów po uwzględnieniu dodatkowych czynników. Zresztą i aktualny rekord wysokościowy szybowców rejestrowany przez precyzyjne urządzenia elektroniczne w różnych źródłach podawany jest w liczbach różniących się nawet o kilkaset metrów, choć w większości przyjmuje się wielkość 23 300. 
Rekord ten ustanowiono na dwuosobowym szybowcu z hermetyzowaną kabiną „Perlan” II zbudowanym przez koncern Airbus na terenie USA, co jest swego rodzaju europejskim prztyczkiem w nos amerykański. „Perlan” II jest konglomeratem najnowocześniejszych osiągnięć z dziedziny elektroniki i technologii już o charakterze kosmicznym, bo i kosmosu chcą sięgnąć „Perlanem” jego twórcy. Kolejne rekordy bite są po startach w argentyńskiej Ziemi Ognistej – na grzbiecie Andów powstają fenowe fale niespotykanej wysokości, a prądy wznoszące są dodatkowo potęgowane przez tzw. wiatry wirowe wokół bliskiego bieguna południowego. I uważa się, że mogą one sięgać 40 km nad ziemię, a nawet więcej. Szybownictwo stratosferyczne wzlatuje ponad sferę fantastyki.
My w tej dziedzinie mamy, póki co, niewiele do powiedzenia. Ale coś pozostaje. Co ?
Za chwilę zmieni się kalendarz i będzie 60 lat od rekordu, nawet dwóch niepobitych rekordów Polski z 5 XI 1966 r. I na ten temat najwybitniejszy dziś polski szybownik Sebastian Kawa :
rekord St. Józefczaka stał się naszą inspiracją, by go poprawić, osiągając szybowcem ok. 13 500 m. Zdobyliśmy wysokościową aparaturę od F-16, butlę tlenową od nurków, wypróbowaliśmy na sobie sprzęt w lotniczej komorze ciśnień, działał jak trzeba ... i wyobraźcie sobie, przez dwa lata nie było wiatru halnego wystarczająco silnego, by podjąć próbę.
Ale nasz szybowcowy himalaista pociesza, że sprzęt ma w dalszym ciągu w domu, więc sprawa nie jest zamknięta.
No i jeszcze kwestia losów rekordowego autentyku SP-2029. W filmie „Bocian nad Tatrami” mówi o tym Stanisław Gradolewski, opiekun Koła Naukowego Lotników na Politechnice Warszawskiej -
 (Dowiedzieliśmy się) że Stowarzyszenie Lotnictwa Eksperymentalnego (oddział) w Kłobucku (!) zakupiło „Bociana” o numerach SP-2029… Był w strasznym stanie … ale powiedziałem sobie – zawezmę się i go kupię… 
No i po pomyślnym remoncie i oblataniu w roku 2011 szybowiec przez 5 lat był normalnie użytkowany w powietrzu. A obecnie jest nielatającym eksponatem przypominającym o spektakularnym wyczynie sprzed lat. 

Zb. Sułkowski